Wywiad z Włodzimierzem Barchaczem
[Sławomir Gawryluk] Panie Włodzimierzu, od ponad 30 lat związany jest Pan zawodowo i emocjonalnie z fotografią. Czy pamięta Pan ten moment, który zdecydował o tym, że fotografia zajęła w Pana życiu tak istotne miejsce?

Fot.slawekol/plfoto
[Włodzimierz Barchacz] O, nawet - o dziwo – trzy! Bo najpierw chciałbym opowiedzieć Czytelnikowi w dwóch słowach o prapoczątkach mej fotograficznej drogi. Otóż, będąc w czwartej klasie szkoły podstawowej, raptem, nie wiedzieć czemu, „zachorowałem” na upatrzony w witrynie sklepowej aparat Druh Synchro. Po kilku nieprzespanych nocach ojciec ulitował się nad dzieckiem i kupił mi tego Druha. Była to konstrukcja bardzo prosta, aparat miał jeden czas naświetlania, dwie wartości przysłony, a cały był zbudowany z bakelitu. Załadowałem go filmem, i tak uzbrojony dumnie pomaszerowałem do Łazienek Królewskich, gdzie zrobiłem dwanaście zdjęć Pałacu Króla Stasia zza stawu, z małego mostku na nim. Wieczorem zadekowałem się w łazience, i – mając już kopioramkę do odbitek stykowych, pudełko listków papieru formatu 6 x 9 centymetrów, wywoływacz i utrwalacz, a także być może kuwety – tego nie pamiętam, niewykluczone, że korzystałem ze zwykłych talerzy kuchennych – zrobiłem odbitki. Przeżycie było wielkie, w dodatku nasączone niepowtarzalnym zapachem chemikaliów. Zdjęcia wyszły, i choć były blade, szare, bez kontrastu, skakałem z radości chyba pod sam sufit!
Od tego czasu aparat towarzyszył mi na wycieczkach klasowych, niedzielnych spacerach z rodzicami, potem z kolegą, później z dziewczyną, czy na wakacjach. No i w liceum prowadziłem jakiś czas kółko fotograficzne z dostępem do ciemni, a formalnie harcerską drużynę fotograficzną, bo wstawiono nas w strukturę ZHP. Wtedy już oczywiście Druhem nie fotografowałem. Miałem stary model Zenita, taki z… otwieraną dolną ścianką.
Moment, w którym fotografia zaczęła w mym życiu odgrywać większą rolę przypadł na pierwszy rok studiów ekonomicznych w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. Bawiłem się wówczas w takiego kronikarza fotograficznego na naszym wydziale, a także na uczelni. W uczelnianym klubie „Hades” odbył się uroczysty wernisaż prac jednego z malarzy, niestety nie pamiętam nazwiska artysty. Zdajecie z tej uroczystości, z informacją tekstową, zamieścił tygodnik studencki „itd”. I wtedy tez skakałem z radości!
Ale na skakaniu się nie skończyło.
Bo dopiero teraz rozpoczął się okres w mym życiu, który trwa do dziś – nazwijmy go, nieco sarkastycznie, bo jakieś nadęte wydaje mi się użycie tego słowa – publikacyjny. Latałem do „itd”, do „Nowego Medyka”, do „Politechnika”, drukowałem też zdjęcia w gazetach codziennych.
[S.G.] Trzeci moment?
[W.B.] Właśnie. Rozpoczęcie romansu, wieloletniego zresztą, z tygodnikiem społeczno-kulturalnym „Kobieta i Życie”. To był rok 1974, przyniosłem do nieznanej mi jeszcze redakcji barwny fotoreportaż z jednego z coniedzielnych majowych koncertów chopinowskich pod pomnikiem kompozytora w Łazienkach. Jedno zdjęcie, zrobione zza tulipanów, przedstawiało pomnik i u jego podnóża grającą na fortepianie pianistkę, reszta fotografii pokazywała słuchaczy – w różnym wieku, różnych narodowości, tam od zawsze przychodzili cudzoziemcy – siedzących na ławkach, na trawie, i wsłuchanych w dźwięki Wielkiej Muzyki…
I znów skakałem z radości! Bo ten mój materiał wydrukowano na dwóch stronach wewnątrz numeru, ale także na okładce! Następnie zadzwoniła do mnie pani sekretarz redakcji, Redaktor Maria Olbrycht i poprosiła, bym ją odwiedził.
Zaproponowano mi dostarczanie kolejnych reportaży, oczywiście po uprzednim uzgodnieniu tematów.
Na dodatek po jakimś czasie dowiedziałem się o tym, ze ten fotoreportaż z koncertu przypominał stylem i klimatem zatrudnionym tam znakomitym fotografom – Janowi Kosidowskiemu i Wiesławowi Prażuchowi fotoreportaże zamieszczane w zlikwidowanym z przyczyn politycznych tygodniku Świat, który w elemencie fotoreportażu uchodził za jeden z kilku najlepszych na
świecie, a w którym to tytule prasowym wcześniej pracowali, zarazem będąc zaliczanymi do współtwórców polskiego fotoreportażu jako gatunku dziennikarskiego. W mojej osobie widzieli poniekąd następcę, kontynuatora fotoreportażu Świata, bowiem sami publikowali już głównie zdjęcia li tylko ilustracyjne do tekstów, zaś dostali etaty w Kobiecie i Życiu ze względu na otwartość tego czasopisma, jego liberalność i inteligenckość. Czytelnikom, którzy pragną nieco zbliżyć się do tematu fotoreportażu w tygodniku Świat podaję link do mego krótkiego tekstu zamieszczonego w Polskim Portalu Edukacyjnym Wydawnictwa TELBIT: http://edu.info.pl/1293 .
A więc zamieściłem w Kobiecie i Życiu fotoreportaż z koncertu w Łazienkach i zacząłem robić i przynosić następne, i wszystkie były publikowane. Wkrótce dostałem tak zwany ryczałt współpracowniczy, który nakładał na mnie obowiązek współpracy na określonych warunkach. W tym samym roku, także drogą współpracy, otrzymałem etat fotoreportera w czasopismach Instytutu Wydawniczego „Nasza Księgarnia”, szacownej, autentycznie prestiżowej oficyny, która powstała w 1921 roku. Wydawała, prócz książek, siedem czasopism dla dzieci i młodzieży, między innymi Płomyk, Płomyczek, Swierszczyk, Młody Technik. Moim obowiązkiem było robienie i dostarczanie zdjęć czasopismom.
[S.G.] Fotoreportaż okazał się tą dziedziną fotografii, od której Pan zaczynał, i która do dzisiaj jest Panu najbliższa. Jest to dziedzina dość trudna i czasem niewdzięczna. Czy były takie chwile kryzysu, kiedy chciał Pan rozstać się z „reporterką” i zająć się czymś innym?
[W.B.] Uściślijmy może: nie tyle fotoreportaż, bo zwykło się nim nazywać cykl zdjęć na jakiś temat oddający stosunek doń autora, co fotografia reportażowa, czy reporterska. Choć rzeczywiście moją domeną jest głównie fotoreportaż.
Czy były chwile kryzysu?
Nie. Nigdy. Od zawsze lubiłem fotografię reportażową, mam generalnie przyjazny stosunek do ludzi i jestem ich ciekaw, i ciekawią mnie zjawiska społeczne. Wrażliwość społeczną, zainteresowanie sprawami społecznymi, moralnymi, etycznymi wyniosłem w dużej części z domu rodzinnego, któremu taki klimat nadawał głównie ojciec. Zarazem, ponieważ ojciec był artysta, konkretnie kompozytorem, wzrastałem w duchu sztuki, bywali u nas w domu muzycy, literaci…
Wspomniana wcześniej Kobieta i Życie dała mi luksus, bo niebywale duże pole manewru w zakresie doboru tematów, praktycznie stuprocentowe. Czasopisma Naszej Księgarni, w tym głównie Płomyk, bo w nim fotografia zajmowała poczesne miejsce i tam najwięcej drukowałem, też dawały mi sporą swobodę manewru. Tak więc i tu byłem w luksusowej sytuacji. W dodatku zarówno w Kobiecie i Życiu, jak i – do czasu stanu wojennego, gdy do czasopism Naszej Księgarni wkroczyło defiladowym krokiem na eksponowane stanowiska dziennikarskie kilka nieuczciwych i niekompetentnych postaci, które w wyraźnie dostrzegalnym stopniu zaburzyły harmonijne stosunki międzyludzkie w kilku redakcjach czasopism (cale szczęście, o ile wiem, są już na zasłużonych emeryturach) – była naprawdę dobra atmosfera, i naprawdę chciało się pracować. Także z zapałem pokonywać trudy wyjazdów „w teren”, nawet do zabitych dechami wiosek czy miasteczek-dziur położonych o setki kilometrów od stolicy. Ja, wspominając te czasy, śmieje się, ze mieszkałem w pociągu, albo stojąc na jednej nodze w zatłoczonym po brzegi pekaesie, służbowym samochodzie Kobiety i Życia czy Wartburgu koleżanki-dziennikarki, Bożeny Mrozik, którą niebywale ciepło wspominam, a która go prowadziła jak szalona; na przykład, gdy wracaliśmy nocą z Sokołowa Podlaskiego po oblodzonej krętej szosie okolonej lasem, auto na zakrętach się ślizgało, jedynie przód trzymał się cudem asfaltu, bo miało napęd na przednie koła, a mnie ze strachu serce w gardle stawało.
Kłopoty z tematami i ich realizacją miałem w prasie o charakterze stricte politycznym. W 1976 roku, wczesną jesienią, po letnich zajściach robotniczych w Ursusie i Radomiu i wówczas, gdy powstał KOR, zostałem „wyciągnięty” z wydawnictwa Nasza Księgarnia (do którego nb. wróciłem w 1981 roku) i zwerbowany do tygodnika młodzieżowego Na przełaj, organu Głównej Kwatery ZHP. Tam często kazano mi fotoreportażami kłamać, zwłaszcza „odchodziła” na całego propaganda arcypolitycznych struktur i przedsięwzięć harcerstwa, gierkowskich eksperymentów w zakresie corocznych zmian struktury produkcji rolnej etc., a ja bezczelnie na realizowanie wielu takich tematów się nie godziłem. Jakie baty dostawałem, tylko ja wiem. Mimo to nie zniszczono mnie jako fotoreportera. Mało: dołożono cegiełkę, jeśli nie dużą cegłę, do procesu uwrażliwiania na sprawy społeczne i ludzkie.
[S.G] Wśród wielu zapytań, które otrzymujemy od miłośników fotografowania, często pojawia się prośba pomoc w znalezieniu sposobu na przełamanie lęku przed fotografowaniem ludzi, lęku przed wyjęciem aparatu w miejscu publicznym czy w ogóle wśród obcych osób. Czy może Pan coś doradzić w tej kwestii początkującym adeptom fotografii reporterskiej, czy tego lęku można się wyzbyć? Czy wystarczy otworzyć się na ludzi, i tak jak Pan wspomniał, „mieć przyjazny stosunek do ludzi”?
[W.B.] Sądzę, że jest to bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze. Przecież człowiek wyczuwa drugiego człowieka, my się wzajemnie wyczuwamy, że tak powiem. Ponadto, wiadomo, ze u nas ludzie są podejrzliwi. Tym bardziej więc powinniśmy być nastawieni „ku ludziom”. By ich z kolei lęk zmniejszyć. Jeśli Kowalski czy Malinowska zobaczy osobę, która z lękiem drżącą ręką podnosi aparat do oka, może mieć nawet i uzasadnione obawy. Zaś realizacji idei prawdy – mam tu na myśli to, że fotoreporter pokazuje życie takie, jakim jest, jest to jego obowiązkiem – służy oczywiście fotografowanie dyskretne, jeśli nie – dokonywane w sposób niewidoczny. Wówczas osoby są zawsze w pełni autentyczne. Gdzieś kiedyś napisałem, ze fotoreporter musi widzieć i być niewidocznym. Może to pewne uproszczenie, jednak warto owo „credo” zapamiętać.
I jeszcze jedna kwestia, która obrosła w różne mity, legendy; satyryk całą mitologię mógłby tu chyba stworzyć: kwestia tego, czy można fotografować.
Otóż – uwaga – prawo, generalnie, nie zabrania fotografowania osób. Regulacje prawne dotyczą prawie w całości upowszechniania wizerunku, upowszechniania fotografii. Odpowiedź na te pytania znajdzie zresztą Czytelnik w mej, i Justyny Komar, książce „Moja cyfrówka i ja” w rozdziale Fotografia uliczna – street photography.
[S.G.] OK, w takim razie zatrzymajmy się na chwilę przy książce. Jeszcze pachnie farbą drukarską. To Pana pierwsza książka, w tworzeniu której współtowarzyszyła Panu „młoda krew”, mam tu na myśli Justynę Komar. Wiem jednak, że kontakty z tzw. „młodym pokoleniem” ceni Pan sobie szczególnie, m.in. udzielając się na forach internetowych. W czyjej głowie powstał pomysł stworzenia wspólnymi siłami książki?
[W.B.] Pomysł stworzenia wspólnymi siłami książki powstał w głowie wydawcy, Cezarego Dybowskiego, ja nań przystałem. I rzeczywiście, kontakty z osobami o pokolenie młodszymi, z młodymi ludźmi, którzy wzrastali w tworzącej się nowej rzeczywistości, w ładzie demokratycznym, jaki on by u nas nie był, cenię sobie bardzo. Poznałem sporo młodych osób i autentycznie zaprzyjaźniłem się z kilkoma, zresztą bardzo wartościowymi postaciami. Jestem zdania, że – generalnie – młodzi ludzie mają w sobie więcej wolności. Oczywiście to kategoria duchowa, czy wewnętrzna, innej przecież nie ma. Są, jak to psychologowie lubią mówić, „blisko siebie”, po prostu są bardziej sobą, stopień samoakceptacji jest większy niż u osób, które wzrastały w poprzednim systemie.
Poza tym miałem przez lata kontakt z młodzieżą, z racji swej pracy w Naszej Księgarni – Płomyk był przeznaczony dla uczniów najstarszych klas szkoły podstawowej, także Na Przełaj było przeznaczone dla uczniów szkół ponadpodstawowych. Aha. Jeśli kto zapomniał, co się dzieje w szkole, niechaj może zerknie do mego niebywale jeszcze skromnego, i ciutkę przypadkowo tworzonego portfolio w Plfoto.com. Zupełnie niedawno zacząłem je budować, jednak zamierzam tam stworzyć między innymi takie fotograficzne „Wspomnienia niebieskiego mundurka” Wiktora Gomulickiego. Gomulicki od około stu lat jest wznawiany, bo pokazuje, opisuje właśnie – żywych młodych ludzi, czyniąc to z sympatią i uczuciem. Ja fotografowałem szkołę, tę autentyczną, nielukrowaną, od drugiej polowy lat siedemdziesiątych do drugiej polowy dziewięćdziesiątych. Tamten autor, nb. znacząca postać polskiego pozytywizmu, opisał życie szkoły piórem, ja aparatem fotograficznym. Link do zdjęć, na razie jest ich raptem siedem, ale będzie tam cała opowieść o szkole: http://plfoto.com/24091/autor.html
Miałem też do czynienia z młodzieżą między innymi jako instruktor fotograficzny w środowiskach robotników budowlanych w Warszawie. I choć do ciemni nieraz ten i ów przychodził, przepraszam, wstawiony, jednak atmosfera była koleżeńska, a nawet przyjacielska. No, ale wtedy ja też miałem dwadzieścia lat z haczykiem, a mówimy o różnicy pokoleniowej.
[S.G.] Jako autor kilku książek o fotografowaniu, zapewne spotyka się Pan zarówno z pochlebstwami i jak i głosami krytyki. Wiadomo, że ludziom, którzy odnieśli sukces, chętniej patrzy się na ręce i doszukuje błędów. Poddając swoje fotografie ocenie na forach fotograficznych typu plfoto, liczy się Pan zapewne z krytyką ze strony innych fotografów. Czy fotograf z ponad 30-letnim stażem odczuwa jeszcze strach/tremę przed krytyką?
[W.B.] Ja takiej tremy raczej nie odczuwam, na pewno odczuwałbym, gdybym zrobił normalną wystawę – dzieło DOKOŃCZONE. Tutaj, na plfoto, te moje zdjęcia po części stanowią zaczątki większych całości. Na przykład właśnie zdjęcia szkolne: całością jest tylko foto-film z odpytywania z fizyki. Ponadto fotografie, które tu „powiesiłem”, reprezentują bardzo różną jakość, i – sądzę – widać, że zostały trochę przypadkowo wybrane. Krytykę lubię, nawet niech ktoś mi wytyka błędy, choć – jak każdy człowiek, lubię być chwalony, tak, echhh, w końcu jesteśmy stworzeni - ale niech krytyka będzie prawdziwa i reprezentuje jakiś poziom intelektualny i moralny, czy etyczny. Mnie tutaj chodzi przede wszystkim o kulturę krytyki, i kulturę dialogu. Najbardziej nie lubię, nie znoszę pseudokrytyki czy krytykanctwa u podłoża którego stoi zawiść. Działania zawistne są spaczoną, patologiczną tendencją wzrostu: ja, Kowalski, ośmieszę się i wyjdę na idiotę, ale Malinowskiego – nie wytrzymam! – muszę zniszczyć. Albo co najmniej plunąć mu w twarz.
[S.G.] Czy znajduje Pan jeszcze czas na fotografowanie dla przyjemności. Czy wciąż czerpie Pan przyjemność z fotografowania?
[W.B.] Aktualnie nie mam czasu, dużo piszę, a na przykład do fotografii reklamowej zupełnie nie mam talentu. Jednak jest to moje pisanie wspaniałą przygodą spotkania z drugim człowiekiem, z Czytelnikiem. No i także pisząc, zresztą to truizm, realizuję potrzebę przekazywania treści, a szerzej – dawania czegoś z siebie; jest to imperatyw wrodzony człowiekowi, tyle że nie zawsze wszyscy o nim pamiętamy… Kolejną moją przygodą jest przygotowywany właśnie dla Fotoszop.pl eBook-poradnik fotografowania reportażowego, poniekąd wznowienie mej książki Fotoamator reporter z 1987 roku (która nb. nadal „chodzi” po allegro), jednak oczywiście opracowanie zaktualizowane, no i znacznie rozszerzone. Już w tej chwili jest nieco osób, które są nim zainteresowane i czekają na jego pojawienie się.
No i książki mają oczywiście ten urok, ten czar, że przetrwają ich autora. Ta miła świadomość dotyczy oczywiście także i zdjęć, i każdej innej dziedziny szeroko pojętej twórczości. Ale ja wiem też, że moje książki są potrzebne, że cieszą się dużym zainteresowaniem, że są lubiane. Dowodem na to choćby liczne maile, które dostaję, i za które także tu dziękuję.
Zamierzam jednak fotografować nadal, jeśli warunki finansowe pozwolą mi na to; będzie to „reporterka”, i na pewno będę czerpał z tego fotografowania przyjemność i satysfakcję.
[S.G.] Bardzo Panu dziękuję, że zgodził się Pan opowiedzieć o swojej przygodzie z fotografią.
[W.B.] Ja również dziękuję.













2 maja 2009 o 0:43
30 lat to duzo widze ze pan wlodzimierz tez zaczynal od drucha ja tez miale drucha potem smiene nastepnie star 66 i zenita ttl a jakim teraz pan wlodzimierz aparatem robi zdjecia chyba juz czyms lepszym ?a milo jest poznac czlowieka ktory robil zdjecia do gazet jak na przelaj lub plomyk bo to tez czytalem .wywiad mi sie podobal wiecej takich i prosze o napisanie czym teraz pan wlodzimierz fotografuje i gdzie zamieszcza swoje fotografie z podziekowaniem mark
9 maja 2009 o 1:47
Ciesze sie bardzo, ze wywiad sie Panu podoba :). Minisprostowanie, jesli mozna: Na przełaj i Płomyk nie byly gazetami, a czasopismami ilustrowanymi. Gazeta to forma druku periodycznego na papierze (na ogol) gorszej klasy oraz cienszym, nie zszywana (ani klejona); najczesciej gayetami sa oczywiscie dzienniki.
Czym fotografuje? Czym sie da :). I analogami, i cyfrowkami. W sumie kilkoma aparatami, ktore nie sa zadnymi cudami techniki. Jednak aktualnie nie czynie tego na co dzien, zyjac z pisania. Zamierzam jednak w przyszlosci wiecej fotografowac, o czym nb. wspomnialem w rozmowie.
Pozdrawiam serdecznie :)
25 czerwca 2009 o 11:01
Fajnie poczytać o początkach tak dobrego fotgrafa jakim niewątpliwie jest Pan Włodzimierz. Testy tego typu pomagają mi przełamywać się i brnąć dalej w fotografię.
Pozdrawiam
Piotrek
4 lipca 2009 o 20:52
Dziekuje, Panie Piotrze, za mile slowo, i zycze sukcesow, satysfakcji i radosci!:)
16 sierpnia 2009 o 14:50
Masz racje.
Trzeba byc dyskretny i zarazem skuteczny, zeby miec dobre street foto lub szerzeju reportazowe.
Mi jednak z wiekiem i chyba doswiadczeniem coraz trudniej si€ fotografuje, o dziwo.
W Katedrze Notre Dame w Paryzu (tej Notre Dame)tlumy zwiedzajac-fotografujacych; W srodku kosciola odgrodzeni barierka od nich wierni, przezywajacy swe misterium Reka siega po aparat bo i miejsce i klimatycznosc zgola odmienne od swojskiej polskosci. Ale jak dochowac tozsamosci fotograficznej w konfikcie z ich misterium.Wiesz Wladek ?!
19 sierpnia 2009 o 0:59
No fotografuj, Janusz, wlasnie te odmiennosc i charakter, klimat! :)
W
11 września 2009 o 11:13
Bardzo ciekawy wywiad, gratulacje Włodku:)
Milla-Joanna;)
14 września 2009 o 23:42
Dziekuje, Milla :)).
9 listopada 2009 o 1:09
Włodku! Wywiad interesujący.Wzruszyłeś mnie, wspominając wspólne dziennikarskie wyprawy wartburgiem, w czasach moje pracy w „Kobiecie i Zyciu” Dziękuję za życzliwą pamięć,gratuluję i serdecznie pozdrawiam.Zyczę Ci nadal pomyślności i sukcesów. B.SM
10 listopada 2009 o 18:20
Dziekuje:) I ja Ciebie rowniez pozdrawiam i zycze tego samego! W
23 grudnia 2009 o 3:46
czego szukalem, dzieki
29 grudnia 2009 o 20:46
zdjęcia znam z plfoto :) pozdrawiam serdecznie
31 grudnia 2009 o 17:14
Także pozdrawiam serdecznie, Gata, i Dobrego Nowego Roku życzę:).
23 stycznia 2010 o 16:56
Gratuluje Panie Włodku - szkoda, że tak mało tego typu publikacji
24 stycznia 2010 o 18:30
Dziekuje bardzo :).
24 stycznia 2010 o 18:31
Online: Ciesze sie!
11 lipca 2010 o 1:13
bardzo ciekawy wywiad
pozdrawiam
16 lipca 2010 o 22:27
Dziekuje za mile slowo, rowniez pozdrawian:),
W
3 września 2010 o 12:08
Witam Pana Panie Włodzimierzu czytając pana reportaż wspominał Pan pierwsze zdjęcia kliszowe na talerzykkach domowych Pan wlewając wywoływacz wode i utrwalacz chciałem nadmienić iż za lat 50-tych wstecz bo teraz mam 72 lata będąc w szkole fotograficznej w Lodzi robiliśmy zdjęcia na płutkasz szkanych następnie do wywoływacza woda i utrwalacz następnie trzeba było robić retusz a wyglądało to tak jak były negatywy na szkle. Były niedociągnięcia w czerni maczając cienki pendzelek do szpica najpierw w tuszu potem w białku aby była lepsza przyczepność i punktowo uzupełnialiśmy niedociągnięcia w miejsce białych punktów . Następnie na powiększalnik Krokus robiliśmy odbitki . Jako młodemu chłopcu bardzo mi się to podobało,mialem w tedy ” Zenita ” była to przygoda z aparatem , a mieszkałem u kuzynki w Lodzi ale po roku przerwałem z powodu choroby i wróciłem do domu do Zakopanego nie uadło się z powrotem wrócić do tej szkoły co bardzo żałuję bo po skończeniu tej szkoły miałem okazję po przez kuzynke dostać się na fotografa w milicji. Ale los pokierunkował inaczej . Teraz mając 70 -tkę wróciła pasja z powrotem do aparatu na razie mam Canona S3IS power robi nie złe zdjecia ale przymierzam sie do kupna aparatu Canon 7 D 8/kl./sek co mi to odpowiada.
3 września 2010 o 12:22
Dlatego czytając Pana wspomnienia przypomniało mi się moje pierwsze spotkanie w szkole fotograficznej w Lodzi podobnie jak Pan robiliśmy to samo w szkole, jednak moja pasja wróciła teraz jestem na emeryturze i bawię się we fotofrafa amatora . Bardzo bym Pana prosił czy wybór aparatu Canon 7 D z obiektywem 18-250 jest dobry chciałbym coś od siebie pokazać, choć mam sporo zdjeć na str. http://www.fmix.pl mirko-33 . Jeszcze jedno czy mógłby Pan podać do siebie pocztę bo w pewnych sprawach chciałbym z Panem sie skonsultować swoje foto. Z koleji ja mieszkam w Zakopanem i prowadzę wynajem pokoi gdyby Pan miał chęć kiedy skorzystać u nas noclegów to bysmy mieli wspólny temat . Mój email to mirko-33@o2.pl zapraszam serdecznie jestem na str. http://www.zakopiec.kom.pl przy ul Szymony 12 Jabłońscy zapraszam do wgolądu z poszanowaniem M. Jabłoński Zakopane
4 września 2010 o 17:19
Witam, Panie Mirosławie:)
Dziękuję za miły list, garść wspomnień, wspominków, które z przyjemnością przeczytałem:).
Bardzo mile jest to, że powraca Pan do pasji z lat szczenięcych, i młodych, nieprawdaz?:).
No i życzę Panu od serca, by nowy nabytek sprzętowy jak najlepiej Panu służył:)
Bardzo serdecznie pozdrawiam:))
W
26 grudnia 2010 o 22:45
takie były czasy gdy miałem te 17 lat w 25 latach ojciec kupił ” zenita” na klisze do ktorego trzeba było kliszę wkładać rownolegle napiętą błonę aby weszł na szpulki i aby przerwy na kliszy wpadły miedzy trybiki aby rolka pociagnęła niezłe robił zdjęcia. Ale jako młody gówniarz to sie cieszyłem że dość dobre zdjecia robił . Potem za parę lat miałem ” Zenit ” II już można było wieczko wyjąć i dobrze film nałożyć na trybiki .A teraz w latach 70 -tych jest rewolucja aparat cyfrowy już nie trzeba kupować filmu aby zrobić dobre zdjecie . Lecz w moim wieku jeszcze nie mogę sie połapać z tymi programami choć mam go ze 4 -lATA jeszcze mam problemy z ustawieniem ostrości troche mnie to w kurza trzymając na do połowy spustu migawkę muszę chwilke odczekac dopuki sie nie zacznie ostrzyc jak mi potrzeba w danej sekundzie pstryknać to już jest po wszystkim i to mnie czasem denerwuje , bo takiego ujecia już nigdy nie bedę miał. To tyle o moim aparacie Canonie S3IS , chyba że Pan kiedy będzie miał urlop i będzie Pan chciał u nas zrobić rezerwacje to bardzo chętnie bysmy podyskutowali na foto tematy zapraszam do nas Zakopane tel 889696003 pozdrawiam Mirosław prowadzimy wynajem pokoi . na str.www.zakopiec.com.pl ul Szymony Jabłońscy
28 grudnia 2010 o 0:42
Oj, ZENIT to pare latek i mego fotografowania:). Pierwszy ZENIT- z literka S wymagal otwierania dolnej czesci obudowy, by wlozyc film; zreszta mowilem o tym w wywiadzie.
A teraz… A teraz, jak wiadomo, jestesmy w fazie rewolucyjnego przelomu w technice fotografowania i w sztuce fotograficzne rowniez.
Zycze swietnych zdjec w nadchodzacym Nowym Roku!:)
28 grudnia 2010 o 0:51
Witaj;)
…rewolucyjny przelom w sztuce fotografowania?!
M/z rewolucja dotknela nielicznych. Do reszty pasuje fraza: fotografowac kazdy moze, lecz nie musi a wrecz nie powinien.
3majcie sie
29 grudnia 2010 o 0:12
Janusz, w sztuce fotograficznej napisalem:). Bo przeciez jednak to, co nazywamy fotografia cyfrowa daje nowe mozliwosci kreowania obrazu.
A pewnie, ze zarazem takie momenty szczegolne lacza sie takze z deprecjacja sztuki fotograficznej.
Podobienstwo: rok 1888, kiedy to George Eastman wypuscil na rynek pirerwszy aparat na blome zwijana, na ktorej mozna bylo za jednym zamachem zrobic iles tam zdjec. wczesniej uzywano klisz; mozna bylo zrobic tylko jedno zdjecie, potem zakladano do aparatu druga. KODAK pana Eastmana zawiodl fotografie „pod strzechy”, produkujac bardzo wielu pstrykaczy.
Jednak byl to postep. Tak jak postepem jest dzis rozpowszechnienie „cyfr” i cyfrowego zapisu obrazu.
Pozdrawiam Cie serdecznie:),
W